Dwa oblicza morskich podróży i batalii zaprezentowały w poniedziałek 25 lutego zespoły Alestorm i Skálmöld. Koncerty odbyły się w krakowskim klubie Kwadrat.

Skálmöld

Muzyków oraz ich scenicznego stylu nie trzeba nikomu przedstawiać. Islandcy wikingowie ze Skálmöld po raz kolejny odwiedzają Polskę, tym razem promując swój nowy album Sorgir. Wszystkie swoje kawałki wykonują w ojczystym języku, co tworzy niezwykły klimat wikińskich podbojów, mitycznych zmagań bohaterów i historii panteonu bogów. Większość tekstów dotyczy bitew, a słowa „miecz” (sverð), „krew” (blóð) i „wojna” (stríð) ścielą się gęsto jak trup w – opisywanej przez zespół – wielkiej wojnie domowej XIII wiecznej Islandii (Era Sturlungów). Zespół napędzany przez mocny, agresywny wokal Björgvina Sigurðssona, który zdaje się przyciągać polską widownię, potrafi uderzyć mocą czterech gitar i z powodzeniem utworzyć potężny męski chór.

Skálmöld w pełnym składzie

Ten ostatni wymieniony sprawił, że moim zdecydowanym faworytem występu na żywo był utwór Narfi z płyty Börn Loka (Dzieci Lokiego).

Snæbjörn Ragnarsson potrafi mobilizować publikę

Alestorm

Szkoci wychodzą na scenę, na której oczekuje ich już… kaczka.

Alestorm w swoim klawiszowym, imitującym akordeon stylu wskoczył na scenę w towarzystwie swojej ogromnej, żółtej, dmuchanej kaczuszki, mocno odzwierciedlającej ich sceniczny charakter. Do powszechnie poruszanej przez szkocki zespół tematyki, jaką jest picie piwa, rumu, skradzionego alkoholu lub picie za czyjeś pieniądze możemy doliczyć tylko picie za dużych ilości (jeśli doliczyć do tego kołyszący się pod stopami pokład, to zbiór zagadnień jest zaskakująco kompletny). Nie mogło zabraknąć utworów takich jak Drink, Hangover, Mexico i jedynego w swoim rodzaju pożegnania z fanami na koniec wieczoru, czyli F*cked with the Anchor. Podczas niego bawimy się na prawdopodobnie jedynej na świecie scenie, w której rogi zamieniają się w środkowe palce i absolutnie żaden z uczestników zabawy nie ma z tym żadnego problemu.

Oprócz tradycyjnego wiosłowania, pojawił się także dość mało politycznie poprawny żart na temat naszych zachodnich sąsiadów przy okazji kawałka Bar ünd Imbiss, co dopełniło tawernianej atmosfery. Nastawienie, pozytywna energia i humor sprawiają że nie da się wyjść z sali koncertowej po ich występie w złym humorze… co najwyżej zmęczonym i lekko chwiejnym krokiem.

Kraków dopisał liczebnością fanów

Supportem obu grup był angielski zespół Bootyard Bandits, wykonujący country rocka, jak się zowie, z kowbojskimi kapeluszami i grającym na banjo Big Mac’iem na pokładzie. Świat nie wiedział, jak bardzo potrzebuje pirackiej muzyki przed Alestrom, może i na kowbojów przyszła pora? Zarówno dla Bootyard Bandits, jak i Skálmöld za bębnami zasiadał Jón Geir Jóhannsson.